A psik!!!

My tu czasem tak wzniośle przeżywamy. Emocje niczym sęp szybujący na wyżynach przestworzy czy jak kapitan Nemo przemierzamy otchłanie przeżywanych uczuć. Dziele się tym wszystkim z Wami tak bez żadnej zasłony. Szczerze i wprost. Lubię mówić o tym co czuję. Czasem jednak przychodzi…
A psik!!!
Bolesne tu i teraz. Zwykłe kichnięcie pomogło odkryć siebie na nowo. Tym razem nawet „O kurrrr….” nie odda adekwatnie bogactwa tego doświadczenia. Każdym kawałkiem przekonałem się, że jestem jednak cały. Dobrze, że kamizelka trzyma to, jako tako w całości. Chirurgiczno-krawiecka kunsztowna robótka przetrwała, choć małe apsik niczym tornado przetoczyło się po okolicy. Nie trzeba było mnie zbierać z podłogi. Śmieje się, cholernie bolało, a ja się śmieję. Lubię ten stan. Choć wołałbym już nie kichać. Dobrze, że kichanie nie jest zaraźliwe jak ziewanie.

Wróciłem do siebie

Wróciłem do siebie. Do swego domu, do swych zapachów i smaków, do rzeczy mnie otaczających. Jednak zauważyłem, że nie tylko przyrządzana od kilkudziesiesięciu lat pomidorówka teraz smakuje inaczej. Świat „po” wygląda dojrzalej. Rozpoczęty jakiś czas temu „rok odwagi” sprawdza się znakomicie. Odważyłem się mieć zdanie inne niż wszyscy, walczyłem do końca. Zmarnowana szansa i dokonane wybory nie są moją odpowiedzialnością.

Kolejne, ostatnie dni przyniosły jednak przełom jakości życia dla mojego serca. Nastało nowe.

Czytam kolejną książkę Adriany pt. Przepis na wspaniałe życie. Będzie tu o niej więcej za jakiś czas. Na początku lektury Ada (dziękuję Ci za szpitalną niespodziankę) wspomina o tym, by wybrać sobie motto towarzyszące życiowym planom. Tylko moment głowa poddała się burzliwym poszukiwaniom. Przecież niedawno nawet, kilka dni temu fejsbuczek przypomniał: „Pnij się ślimaczku, na swą górę Fuji, tylko powoli…” Nic nie trzeba więcej, to wciąż aktualne.

Wrócić do siebie to jednak nie tylko kontekst powrotu do mieszkania. To przede wszystkim powrót do nieco innego wymiaru zestawu kawałków tworzących moje JA. Wracam do swych marzeń, do swej niespożytej energii. Wracam silniejszy i bogatszy w moc doświadczeń rozwoju. Mam plan, wiem, że zrealizuję go krok po kroku. Siły już wystarczy.

Dzisiejsza ilustracja to prezent od Joanny Chmury. Warto na jej strony zaglądać. Ja zajrzałem na szpitalnym jeszcze łóżku w przeddzień zabiegu na prowadzony przez nią webinar o wstydzie.
Żegnając się ze starym sercem wiem, że dokonałem ogromnej przemiany. To moja zasługa ale i przyjaciół i dobrych ludzi, którzy stanęli na mej drodze.
Moje serce ma teraz cyborgową blaszkę, ale pozbyłem się już jakiś czas tego blaszanego tałatajstwa, które je, jak na załączonej fotce otaczało.
„Mam serce i nie zawaham się go użyć.”

W drodze

Muszla nieustannie kojarzy mi się z byciem w drodze. Pielgrzymi od czasów średniowiecza wędrowali do Santiago de Compostela przez całą Europę. Symbolem muszli są naznaczone wiodące tam szlaki. To sanktuarium św. Jakuba rybaka, stąd symbol muszli wydaje się być oczywisty i czytelny.
Wiele lat temu kilkukrotnie pielgrzymowałem pieszo na Jasną Górę. Z czasem zobaczyłem w sobie jednak, że to co urzeka w pielgrzymowaniu to nie tylko religijne motywy, bycie w drodze to filozofia życia.
Wiele trudnych decyzji podejmowałem w drodze, nie znajdując dla siebie miejsca w domu.
Jestem dziś w drodze. Zostawię tu propozycje lektur: Richard Paul Evans kilka książek z serii Dzienników pisanych w drodze, czy wreszcie Dzika droga. Jak odnalazłam siebie – Cheryl Strayed.
Szybko dziś. Urywane zdania, urywany oddech.
Ruszam w swoją drogę.
Odkrywać swoją drogę.
Odkrywać to, co na drodze.
Zaskakiwany tym co na drodze.
Mam ze sobą muszlę.
Wierzę, że przyjdzie czas leniwego poranka i spacerów nad brzegiem morza w poszukiwaniu najpiękniejszej muszli świata.
Dotyków porannego słońca i dreszczu podniecenia nowym dniem.
Dobra energia.
Otwarty na to, co droga przyniesie. Do zobaczenia za kilka dni.

Poczekaj

Dziś niezwykle trudna próba. Chce zaprosić Was do wspólnego oglądania słowa, z którym przyszło mi identyfikować się od chwili mego pierwszego krzyku na tym świecie, w pewien niedzielny poranek. To magiczne słowo: poczekaj, stało się nieodłącznym towarzyszem życia, kompanem wielu podejmowanych decyzji. Czasem kroczyliśmy ręka w rękę, czasem jednak nie było nam po drodze. W wielu chwilach okazywałem się być na nie zanadto niecierpliwy.
Obecnie leżę w szpitalu. Mam mieć zabieg. Byłem przekonany, że nastąpi on nazajutrz po przyjściu. Dziś mija trzeci dzień pobytu. Nadal nic nie wiadomo. Wiele osób, z którymi rozmawiam, dziwi się mojemu spokojowi. A ja naprawdę zwyczajnie czekam. Bez nerwów i niepokojów.
Skąd mi to?
Nazbierane doświadczenia stały się niewątpliwie tak wielkim skarbem, z którego teraz mogę skorzystać.
Po pierwsze nie oczekuj. Ciężko mi ta sztuka przychodzi do dnia dzisiejszego, choć jestem też świadom jak wiele się w minionym roku w tej kwestii zmieniło. Nie oczekuję i w związku z tym nie przeżywam rozczarowań. Cieszę się i jestem wdzięczny za to, co otrzymuję. Nie jest łatwo wyzbyć się oczekiwania. Oczekujemy pewnych zachowań, gestów, relacji. Trudno zaspokoić wtedy nasze oczekiwania, zwłaszcza te niewyrażone. Poczekaj to nie to samo co nie oczekuj.
Po drugie wszystko zdarza się w najodpowiedniejszym momencie. Nie będę tu przytaczał dowodów. Bo być może ranga ich wielkości tylko dla mnie pozostanie wielka. Wierzcie jednak, że mam minionym okresie kilka cudownych zaskoczeń dowodzących prawdziwości tego zdania. Wydawało mi się, co więcej byłem pewien w swej wiedzy ogromnej, że coś lub ktoś powinien nadejść właśnie w tej chwili. Z pokorą musiałem przyznać, że to nie był najlepszy moment, że to nie wiedza decyduje. Gdy nie poganiany przez nikogo los robił swoje, wszystko zaczynało do siebie pasować. Jak z najbardziej skomplikowanych puzzli zaczął się wyłaniać obraz zachwycającej całości.
Przeżywanie czasu w szpitalu jest z pewnością odmiennym, od codziennego, doświadczeniem. Zauważyłem jednak, że zdarza mi się na czas spoglądać jak na ogromny katalog. Staje przed wielkim czasem i zaglądam w stare szufladki przeżyć czasu minionego. Obserwuje wiele szufladek trwających właśnie przeróżnych procesów. Dzieje się ich tak wiele, że biedna terapeutka ręce załamuje.

– Chciał pan bezpiecznie się do zabiegu przygotowywać, w spokoju zadbać o swoje serce, a pan od ostatniej wizyty (z pewnych względów to były cztery dni, a nie tydzień jak zazwyczaj) więcej przeżył niż moi inni klienci przez miesiąc – mówiła z niedowierzaniem pani psycholog.
Są też inne szufladki. Kuszące wizją przyszłości. Dotykam ich złotych gałek. NIe zaglądam by nie pomylić ich z marzeniami. Wierzę, że będzie tak, jak ma być.

Narysuję sobie szczęście

Splątane losy, nitki skrzyżowane. Moja opowieść o sercu zaczyna się gdzieś na początku lipca. Wtedy usłyszałem informację o konieczności wykonania zabiegu. Miałem wręcz położyć się w szpitalu natychmiast. Cudne, rozpoczynające się wakacje, a ja w szpitalu. Przerażenie i smutek. A jednak, próbujemy Holtera. Nim się to jednak stało, udało się spełnić małe marzenie. Od kilku lat probowałem dostać się na kurs Ryślenia organizowany przez Klaudię Tolman. Każdy może rysować. Czary natury. Ja potrafię rysować. No i próbuję. Patrząc z perspektywy czasu było to pierwsze doświadczenie z gromadzenia dobrej energii. Wieloma z tych doświadczeń dzieliłem się tutaj na stronie. Gdy poznałem Adrianę (Kobieta z męskim sercem) usłyszałem, że moja historia warta jest książki. Tak się też złożyło (Przypadek? Oczywiście, że nie!), że Adriana przyczyniła się do powstania książki pt.

RysowAnka Szczęścia. Podpowiednik Myślenia Wizualnego.

Tak oczywiście. Nie mylicie się. Takich darów losów się nie marnuje. Zamówiłem książkę. Porozmawiałem z autorką. Dedykacja. Nowe pomysły. Plan.
Anna Zielińska-Stecyna opowiada w tej książce o sobie. Oczywiście ta kobietka o niespożytej energii nie zostawia Czytelników samym sobie. Aktywizuje ich co chwilę w wykonywanie, nie tylko rysunkowych, zadań. Trochę o marketingu i zarządzaniu. Przyznam bez bicia, że mnie ta tematyka niezbyt interesuje ale opowieść Anny sprawiła, że się wciągnąłem, a przystępna forma sprawiła, że coś tam w łepetynie zostało z pomysłem jak to poza światem korpo w życie wprowadzić. To książka jednak o bardzo rozległej tematyce, pewnie tak bogatej jak życie Anki.
Mnie w tej opowieści najbardziej urzekła pełna emocji opowieść o umierającej mamie. Najpiękniejsze opowieści mówią o naszym własnym życiu, nawet gdy jest w nim ból i cierpienie.
Rysowanka szczęścia. Nawet, gdy w życiu nadchodzą trudne chwile, można postarać się o szczęście. Nie czekać aż z nieba spadnie ale po prostu wziąć sprawy w swoje ręce. Przyjąć odpowiedzialność za swoje życie i narysować swoje szczęście.
„Robert, żyj z Pasją, Pokorą i Pewnością Siebie!” – napisała mi w dedykacji Anka. W jej książce znalazłem taką myśl Petera Druckera: Najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie.
Tak będzie RysowAnko! Dziękuję! Zaczynam rysować szczęście w moich oczach.

 

Spotkanie

Filozofia dziś zmieszana z cudowną codziennością.

Zapowiadałem spotkanie z Marysią – Aniołem Połamanym. Udało się. Mój przydomek nie do końca okazał się adekwatny. To Anioł czysty i szczęśliwy. Nie przygotowywałem się specjalnie do spotkania z tym niezwykłym człowiekiem, nie układałem w głowie pytań czy koncepcji kreujących wywiad według jakichkolwiek moich oczekiwań. Wystarczyło kilka słów wypowiedzianych przez Mangdę i wiedziałem, że muszę się spotkać.

To kolejny człowiek, którego spotykam na swej drodze do nowego serca.

Spotkanie, zamieniam się w słuch, jestem cały uważnym słuchaniem.

Gdy rozpoczęła się moja przygoda z nurtem psychoterapii Gestalt z jednoczesnym zachwytem i ogromnym zdziwieniem dostrzegłem treści, którymi fascynowałem się wiele lat wcześniej.

Martin Buber w swoim sztandarowym dziele, które stoi u podstaw filozofii dialogu kreśli tezę, że „człowiek staje się Ja w kontakcie z Ty. Owo vis-a-vis pojawia się i znika, zjawiska relacji zagęszczają się lub rozpraszają, i właśnie w tej przemienności rozjaśnia się i coraz bardziej wzrasta świadomość partnera, który trwa jako ten sam, świadomość Ja.

Czasem mamy poczucie nieobecności, zlania się z jakimś bliżej nieokreślonym społeczeństwem, grupą. Zapominamy o nabytym we wczesnym dzieciństwie, wyodrębnionym Ja. To moja tożsamość, moja inność i niepowtarzalność. O tyle ją łatwiej zrozumieć, gdy stajemy bezbronni na przeciw drugiego Ja. Takie spotkanie, pełne otwartości na drugiego człowieka, przemienia nas samych. Nic już nie jest takie samo w tej relacji.

Gestaltowskie wejście do kontaktu, to również spotkanie bezbronnej osoby, która pozbawia się wszelkich mechanizmów obronnych. Na moment pozbawia się własnej granicy, by ją wnet na nowo w relacji ustalić. Trzeba ogromnego zaufania do Ty. Wtedy w doświadczaniu Ty możliwa jest przepiękna wymiana.

Mistrz Emmanuel Levinas mówił, że możliwość mówienia i i bycia zrozumianym, jest jednocześnie powrotem do tego, co ludzkie.

Dialog – dawanie słowa, karmienie słowem

Przywołam tu jeszcze mistrza Rogersa, ojca psychoterapii humanistycznej. „Jeśli zdołam stworzyć określony rodzaj relacji z drugim człowiekiem, to odkryje on w sobie zdolność wykorzystania tej relacji do własnego wzrostu, w wyniku czego dojdzie u niego do przemiany i rozwoju osobistego”

Zaskakująco dla mnie samego pojawiło się dziś dużo filozofii. Spotkanie z Marysią było tymczasem nadzywczajnie zwyczajne. Nie wiem czy moja współrozmówczyni podzieliłaby moje zdanie ale rozmawiało się tak zupełnie jakbyśmy się wieki znali. Mamy spotkania towarzyskie, biznesowe. One są ważne. Odkryłem jednak w ostatnim czasie to, jak wielką rolę odgrywają takie nieintencjonalne spotkania z osobami z pozoru nieznanymi. Dla mnie miały wielką moc. Dziękuję Wam za nie.

Pozwól sobie przeżywać. Zbliża się godzina 0. Pewnie nie zdążę już opracować i przedstawić Wam mojej rozmowy z Marią. Obiecuję z nią jednak powrócić.

Martwy punkt

Jak żaglowiec niesiony mocną bryzą ku morzom południa zastyga nieoczekiwanie pozbawiony życiodajnego wiatru, tak i człowiek, który na swej drodze staje w martwym punkcie nie wie co robić dalej. Przecież wiatr wieje zawsze. Dlaczego zabrakło go w tej chwili, gdy był najbardziej oczekiwany? Opadłe żagle, upalne słońce wdzierające się na statek susząc boleśnie pokładowe deski i ogromna niemoc otoczona milionem leniwych fal. Jak drgnąć z miejsca, jak pchnąć powinność do działania? Najprościej by Wielki Poruszyciel tchnął swoje życie i przywrócił do życia, napełnił melodią miłości każde słowo.
Martwy punkt, gdy widać lądu brzegi. Tak boleśnie prezentujący swą władzę. Martwy w swym bezdusznym niezrozumieniu. Punkt, który nie bierze udziału w biegu ku nieskończoności. Martwy punkt oczekiwania na coś, czego nadejście może nigdy już nie nastąpi. Tak boleśnie martwy, że nikt go życiu nie przywróci.
Marynarz w bocianim gnieździe, lekarz karmiący nadzieją, wypatruje choć najmniejszej oznaki tego, że coś się zmieni. Kołysanie fal, bezruch i bezdech. Sen o rejsie do raju.

Powoli umiera ten

Dziś poetycki cytat: Pablo Neruda

Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi,
kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia,
kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru,
kto nigdy nie rozmawia z nieznajomymi.

Powoli umiera ten, kto unika w swoim życiu pasji,
kto zawsze przedkłada czarne nad białe i poszczególne chwile nad całą paletę emocji,
które powodują, że błyszczą oczy, że na twarzy pojawia się uśmiech,
że serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i uczuciami.

Powoli umiera ten, kto nie wywraca stołu,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji marzeń,
kto nigdy, choćby raz w życiu, nie odłożył na bok racjonalności.

Powoli umiera ten, kto nie podróżuje,
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki,
kto nie znajduje dobra w sobie.

Powoli umiera ten, kto niszczy swą miłość własną,
kto znikąd nie chce przyjąć pomocy,
kto idzie przez życie narzekając na własne nieszczęście i na deszcz,
który pada.

Powoli umiera ten, kto rezygnuje z projektu przed rozpoczęciem go,
kto nie pyta o to, czego nie rozumie, i nie odpowiada, kiedy zna odpowiedź.

Unikamy śmierci w małych dawkach, pamiętając zawsze,
że bycie żywym domaga się długiego wysiłku począwszy od prostej czynności oddychania.

Tylko płomienna cierpliwość poprowadzi cię do zdobycia wielkiego i wspaniałego szczęścia.

Pozwól sobie przeżywać

Dziś po dwóch latach szkoły, w której zgłębiałem Gestalt doszło do nieuchronnego momentu zakończenia procesu grupowego. To czas wspólnie przeżywanych doświadczeń, ogromu wyzwolonych emocji, a przede wszystkim zawartych więzi. Dziś rozpoczęliśmy proces, który można nazwać rozpadem grupy. Znajomości będą pewnie kontynuowane, niektóre może przetrwają każdą próbę czasu i odległości. Jest jednak pewne, że to co się jeszcze dziś wydarzało, nigdy już nie będzie miało miejsca. Nie spotkamy się już w tym gronie. Kończy się pierwszy etap, cele zostały zrealizowane. Nie wszyscy podejmą dalszą naukę.
Dziś naszemu doświadczaniu towarzyszyło wiele łez i niesamowitej energii wtulonych w siebie ciał przyjaciół w doli i niedoli. Ta energia w nas drzemała, z taką jednak mocą nigdy się nie udało jej uwolnić. Dopiero widmo pożegnania dało taką przemieniającą moc.
Dwa lata…
W tym czasie tylko z jednym ćwiczeniem sobie poradziłem. Nie pozwoliłem sobie na wyrażanie złości czy wręcz agresji. W czasie dzisiejszych eksperymentów w centrum grupy pojawiła się i ona. Ogromna piankowa kostka. U jej stóp tenisowa rakieta. Wiedziałem, że to dla mnie szansa domknięcia pewnej historii, leczenia pewnego procesu w moim własnym przeżywaniu. Lowenowska metoda uwalniania emocji pozwoliła mi na ekspresję, nie blokowanie. Na lekko ugiętych kolanach drżącymi rękoma chwyciłem rakietę. Potężny krzyk sparaliżował grupę. Potężna dawka skrywanej agresji wypłynęła w gardłowym krzyku. Odbita rakieta uderzyła mnie w czoło, później poszybowała przez salę. Czułem, że musze ponowić.
Druga próba. Dla mojego i innych bezpieczeństwa w ręku zamiast rakiety pojawia się poduszka.
To trudny moment. Przywołuje trudne doświadczenie.
Nie chciałem! Wybacz! Złość, która poszybowała wtedy jak rakieta ku niebu nie trafiła wtedy we mnie. Szkoda, że to nie mnie wtedy trafiło.
Zwierzęcy warkot, uwalniam głęboko zakopaną w ciemnościach duszy agresję. Nagromadzona jakby z czasów prehistorycznych gadów.
Cud gestaltu. To taka chwila uwolnienia, której nigdzie indziej przeżyć nie można.
Cudna Pieta. W tej relacji byłem często bardzo blisko, niestety moje miejsce było tuż za plecami. Były chwile, gdy stawałem bliżej. Już zdawało się, że zobaczę wyciągnięte ku mnie dłonie, gdy wymowny gest urywał nadzieje. Dziś oko w oko, ręka w ręku. Narastające ciepło i drżenie. Powieki niecierpliwie zdradzają swe tajemnice zapowiadając to, co już z pewnością nadejdzie. Chyba nie było ich u mnie od początku tej szkoły. Na pewno takich nie było. Popłynęły piękne łzy. Z utuloną głową płakałem w bezpiecznym miejscu, za którym od tak dawna tęskniłem. W pewnym momencie poczułem na policzku delikatne uderzenia spadających z góry łez. Łączyły się z moimi i spływały we wspólnej stróżce na sam dół współodczuwania, wespół płaczu płakania.
Bolesny to dzień i cudny. Przeżyć stratę, gdy wydawało się to trudniejsze od samej siwej staruchy śmierci. Strata i zabiera, i daje coś nowego, daje czasem coś na nowo. Można dalej żyć i kochać bez końca, choć nigdy już tak samo.
*****
Chciałem by oczyszczał a nie niszczył
Chciałem by ogrzewał a nie parzył
Chciałem by oświetlał a nie zostawił zgliszcza
Nic nie jest takie jak być powinno
Żegnaj Ogniu

Mój anioł połamany

Gdy zobaczyłem tę fotografię zamarłem, oddech się zatrzymał na dość niepokojącą chwilę. Porażony i zachwycony. Myśli się głębiły a słowa stanęły w miejscu. Nie było tam miejsca na jakieś inne uczucia: zawstydzenie, litość czy może przerażenie. Tak, naprawdę byłem pełen zachwytu. Gdyby to ode mnie zależało, właśnie takie anioły stały by w każdym kącie kościoła. Doskonałość w swej niedoskonałości. Jak żywa ikona anioła ks. Twardowskiego.
*****
„Wierzę w radość ni z tego ni z owego
w anioła co spadł z nieba by bawić się w śniegu
w serce co chce wszystkiego i jeszcze cokolwiek
w uśmiech
że ktoś wymyślił sobie koniec końców
i jeszcze mówi po co i co dalej
w matkę co zniknęła za furtką ogrodu
w Boga prawdziwego bo już bez dowodów
takiego co nie lubi teorii o sobie.”
*****
Gdy nieco ochłonąłem przypomniała mi się pewna historia. Wieki temu, gdy rozpoczynałem swe dziennikarskie przygody wraz z dziećmi (wybaczcie drogie dziś Panie Agato, Marto, Olu) wybraliśmy się do ks. Jana Twardowskiego, który ugościł nas w swoim domu pełnym rozmaitych anielskich figurek. Później celem kolejnej wyprawy była wspaniała autorka jeszcze wspanialszych książek, Dorota Terakowska. Książka „Tam gdzie spadają anioły” to takie dzieło, w którym i mali i duzi znajdą coś ciekawego dla siebie. Nie zabiorę się za streszczanie. Odsyłam i zachęcam do lektury. Tu tylko jedna myśl.
Czasem nawet anioł nie wyrabia, poturbowany przez zmagania z życiem. (Nie, nie o mnie tym razem). Czasem anioł zwyczajnie traci swoje skrzydła. I tylko jedno może być poratowanie, gdy ten komu anioł służył sam weźmie się do pracy, a aniołowi ruszywszy na ratunek, sam dzieło dobra prowadzić będzie.
Maria (bohaterka tego zdjęcia) skojarzyła mi się z takim poturbowanym aniołem, któremu trzeba było skrzydła dorobić, by ponownie wzbił się do lotu. Skrzydła wątłe, bo papierowe. Jednak dobre dusze tym razem pomogły aniołowi, by znów mógł błyszczeć na niebie.
Mam nadzieję, że uda się Wam jeszcze o anielskiej Marysi więcej opowiedzieć. Jeśli pozwoli opowiem Wam jej historię.

fot. Mangda Krajewska